15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

niedziela, 5 czerwca 2016

Księga korespondencji obszaru dworskiego.

Leżała całe długie dziesięciolecia w rupieciach. Droga jaką przebyła z Dworu, by po latach powrócić na swoje miejsce jest nie do końca poznana. Była we Wrocławiu, pojechała z nami do Zapusty. Tam, ukryła się pod skrzynkami z narzędziami. Kiedy po przeprowadzce rozpakowywaliśmy te skrzynki, wyskoczyła niczym królik z kapelusza. Wróciła do domu.


Jej treść nas zadziwiła, choć pewnie w tamtych czasach nie była niczym niezwykłym.

Książka korespondencji, która ocalała i stała się jednym z naszych muzealnych eksponatów, obejmuje okres pomiędzy 12.08.1915 r., a 18.02.1916 r. Jest to czas niezwykle dla wszystkich trudny. I wojna światowa zbierała wówczas okrutne żniwo.



W książce znalazła się zarówno korespondencja prywatna rodziny Feill i skoligaconej z nią rodziny Jenkner, jak i listy urzędowe okolicznych mieszkańców, które przechodziły przez obszar dworski. Są niezwykle ciekawe. To one opowiadają prawdziwe historie, nierzadko tragedie ówczesnych ludzi.
Postanowiłam je opublikować, ale by nie mieszały się z naszymi prywatnymi sprawami, dokumenty muzealne zyskały osobną stronę w formie bloga. Mam nadzieję, że czasem tam zajrzycie.

Już pierwszy wpis jest dosyć intrygujący. Rzecz bowiem idzie o jałówkę i poduszkę, a sprawa ociera się o sąd. 

Od czasu publikacji Pamiętnika Ewy minęło już kilka lat. Znów mam okazję serdecznie Was zaprosić na kolejną wędrówkę w czasie. Tym razem cofamy się równo o 100 lat!

poniedziałek, 23 maja 2016

Co słychać w Muzeum?

Teoretycznie ekspozycja została ułożona, przynajmniej taka, jaka była w Zapuście, ale ja wciąż mam niedosyt. Nie przyszła jeszcze kolekcja obrazów Stefanii Feill, artystki malarki dwudziestolecia międzywojennego, prywatnie żony Antoniego Feilla z Woli Zręczyckiej. Te obrazy będą stanowiły bardzo ważną część naszych zbiorów.








Okolicznościowa pamiątka (pudełko na cygara/papierosy) związana z budową krakowskiej elektrycznej linii tramwajowej. Jest to wierny model tramwaju, jaki na przełomie XIX i XX wieku jeździł po mieście. Ten egzemplarz to tramwaj nr 31, który obsługiwał trasę Most Podgórski-Zielona. Jest to pamiątka po pradziadku Jenknerze, który brał udział w budowie krakowskiej linii tramwajowej.

Tymczasem podjęliśmy decyzję, aby wziąć udział w bardzo ciekawym projekcie- Znaczek Turystyczny. Jest to odznaka, która jest przyznawana zabytkom, miejscom ciekawym, wartym odwiedzenia. Niektórzy kolekcjonują takie znaczki. Szczerze mówiąc, patrząc na ten krążek, sama mam ochotę pojeździć po miejscach ciekawych nie tylko, by je zobaczyć, ale i nabyć znaczek. Jestem gadżeciarą i tego nie ukrywam. 



Znaczki są już w naszym Muzeum. Nabyć je można po wpłaceniu darowizny w wysokości minimum 7 zł na cele statutowe Muzeum. Dodam jeszcze, że zwiedzanie Muzeum Dwór Feillów jest bezpłatne. Z tej racji, że jeszcze mam niedosyt jeżeli chodzi o ekspozycję, to na razie zapraszam do nas bardzo nieśmiało. Najwyżej będzie po co przyjechać drugi raz. Jesteśmy ludźmi skromnymi i nie lubimy wyskakiwać z fajerwerkami, zatem jakiegoś oficjalnego otwarcia Muzeum nie planujemy.

Goście, którzy zechcą nas odwiedzić, zobaczą nie tylko nasze zbiory, lecz posłuchają historii naszego Dworku i to również tej najnowszej. Opowiemy Wam o gospodarzach przedwojennych i powojennych i o tym, kto nam się na dziko do Dworku wprowadził, jak już zapadły wszystkie prawomocne wyroki, na mocy których Dwór został oddany rodzinie.


Zanim nas odwiedzicie, poczytajcie sobie o koncepcji naszego Muzeum na przygotowywanej przeze mnie (jeszcze wybaczcie, nie do końca gotowej) stronie internetowej. Serdecznie zapraszam.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Czas podsumowań.

1 kwietnia minął rok od naszej przeprowadzki z Dolnego Śląska do Małopolski. Przyszedł zatem czas na pierwsze podsumowanie naszej decyzji.
Nie ma co ukrywać, że w Zapuście wiedliśmy przez kilkanaście lat życie niezwykle spokojne, sielankowe, bez większych trosk i zmartwień. Było to życie ustabilizowane, a choć bardzo skromne, to niezwykle piękne. Taka stabilizacja ma też swoje ciemne strony. Straciliśmy dystans i nie widzieliśmy już możliwości rozwoju w tamtym miejscu. Usiedliśmy na laurach i dni mijały nam jeden za drugim. To było wygodne życie. Niejeden popukałby się w czoło (i zapewne się popukał) na wieść, że zrezygnowaliśmy ze swojej strefy komfortu, by podjąć się nowego wyzwania.

Nowe wyzwanie w postaci objęcia opieką starego, zaniedbanego dworku nie miało nic wspólnego ze świętym spokojem. Sprawy reprywatyzacyjne związane z pozostałymi częściami majątku wciąż trwają, procesy sądowe mnożą się nam jak grzyby po deszczu. Jest ogrom pracy, jeszcze więcej nerwów oraz presja związana z jak najszybszym udostępnieniem obiektu turystom, bo przecież musi on zarabiać na swoje utrzymanie. Pojawia się zatem pytanie, czy podejmując decyzję o przeprowadzce zrobiliśmy sobie dobrze?

Jestem w stu procentach pewna, że tak. Nigdy nie żałujemy swoich decyzji i nigdy nie oglądamy się za siebie. Jest ciężko, bywa nerwowo, lecz nie opuszcza nas optymizm, ani poczucie humoru. Mamy przeświadczenie, że robimy coś fajnego nie tylko dla siebie, ale również dla innych, dla społeczności, która ciepło wspomina lata, gdy wokół dworku zawsze coś się działo. Prawie codziennie, a w weekendy kilka razy dziennie, zatrzymują się koło nas spacerujący ludzie i wyrażają swoje zadowolenie, że po latach opustoszenia, dwór znów ma opiekunów i powoli wkracza tu na nowo życie. Wielu z tych spacerowiczów miało przed wojną kogoś z rodziny, który pracował we dworze. Opowiadają nam cudne historie, które w ich rodzinach przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Wszyscy dobrze wspominają tamte czasy. Takie słowa działają na nas niezwykle motywująco. To wszystko sprawia, że mimo trudności, chce nam się dalej działać.

Nie jest możliwe w żadnej społeczności, by każdy przyjmował „nowych” tak samo. Staramy się zatem nie zwracać uwagi na nieliczne, wrogie spojrzenia ludzi zawistnych. Nikomu tutaj nie zrobiliśmy nic złego, nikt też nie usłyszał od nas złego słowa, zatem jawna do nas niechęć spowodowana jest tylko i wyłącznie nieczystym sumieniem. Cóż, ktoś w końcu rabował i parcelował ten majątek dworski.

Zapustę wspominamy z niezwykłą nostalgią i z radością obserwujemy, jak nowi właściciele nadają naszemu dawnemu domowi nowy charakter. Powoli wydobywają z tamtego miejsca potencjał, którego my już nie widzieliśmy. My z kolei możemy realizować swoje plany w otoczeniu, które ponownie pobudziło naszą kreatywność.

Zapowiadałam otwarcie dworku dla turystów w połowie maja. Już widzę, że nie uda się na sto procent zrealizować tego planu. Na pewno gotowa będzie ekspozycja muzealna i może 2 pokoje. Kolejne będziemy oddawali w miarę możliwości jak najszybciej. Napiętrzenie innych spraw, pilna sprzedaż pozostałych w Zapuście gruntów, by uciec przed skandaliczną ustawą przywiązującą chłopa do ziemi, jak za czasów pańszczyźnianych, spowodowały poślizg w pracach remontowych. Z niewielkim tradycyjnym w naszym kraju obsuwem, ale damy radę.

Tymczasem w ogródku kolorują się pierwsze wiosenne kwiaty. Jest to owoc naszych prac pielęgnacyjnych, które prowadzimy od dnia przeprowadzki.





Jest słonecznie, ciepło, wiosennie, kolorowo, czego chcieć więcej?!


sobota, 26 marca 2016

Obszar dworski rekwiruje jaja!

Pogoda w sobotę przed Wielkanocą nie nastroiła nas zbyt optymistycznie. Święcenie jaj pod naszą kapliczką miało odbyć się o 11.00. Z niepokojem spoglądaliśmy na zasnute chmurami niebo. Czy deszcz zepsuje nam to miłe wydarzenie?


Jak co roku, z radością uczestniczę w tym pogańskim i pradawnym obyczaju przechwyconym przez kościół. Wzorem mojej mamy, która zwyczaj ten przejęła od swojej mamy, a ta zapewne od swojej mamy, etc... farbuję jaja w obierkach od cebuli i wyskrobuję jakieś wzorki, które przyjdą mi do głowy. Robota jest to żmudna, trzeba uważać, aby nie ścisnąć za bardzo skorupki i nie zniszczyć jajka. Jednocześnie trzeba użyć siły, by wzór wyskrobać. Bozia talentu nie dała, skrobię, jak umiem, efekt jest mniej więcej taki.


Jeszcze przed święceniem jajek, zerknęłam na facebooka i w oko wpadło mi zdjęcie jaja, które wymalowała Ola, nasza sąsiadka artystka, o której wspominałam we wcześniejszym wpisie. Złapałam się za głowę i wyraziłam swoje wątpliwości, czy to aby wypada, by takie dzieło sztuki miało zostać zniszczone w celach konsumpcyjnych.



No sami zobaczcie! Chrystus, jak żywy!!! ;-)

Z Olą spotkaliśmy się pod kapliczką. Natychmiast zapuściłam żurawia do jej koszyczka, by jajo zobaczyć na żywo. Powiem Wam, że prezentuje się jeszcze piękniej, niż na zdjęciach.
-Naprawdę zamierzasz go zjeść?- zapytałam.
-No pewnie! Ale jak chcesz to możesz sobie go zabrać, tylko po poświęceniu- odparła Ola.

Zafrasowałam się. Głupio tak wybierać ludziom jaja z koszyka. Z drugiej strony, jak nie wezmę, to Ola go zje i małe dzieło sztuki przestanie istnieć. Hm... co tu zrobić? Z trzeciej jednak strony, jeśli ja dostanę jajo, to ja będę musiała się zmierzyć z dylematem moralnym, czy go zniszczyć? 

Podczas kiedy ksiądz odprawiał nad naszymi jajami magiczne rytuały, moje szare komórki odnalazły się wzajemnie i doznałam olśnienia. Po pierwsze, ja też mam w koszyku gęsie jajo (Moniko i Wojtku, dziękujemy za jaja!), zatem jak zabiorę Oli jej dzieło i oddam jej w zamian swoje jajo, nie zostanie ona poszkodowana brakiem święconego. Po drugie, kto mi każe niszczyć i jeść to jajo? Ugotowane na twardo i nie uszkodzone powinno przetrwać wieki.

Zarekwirowałam jajo zaraz po poświęceniu, aby nie dać Oli czasu na rozmyślenie się i zanim doszłam do domu miałam już plan.
Jajo zostanie wciągnięte do inwentarza muzealnego do działu „wytwory sztuki ludowej”, zostanie umieszczone w gablotce i wszyscy goście, którzy zechcą nas odwiedzić, będą mieli okazję go obejrzeć. Ola jest wprawdzie artystką profesjonalną, jednak mam nadzieję, że nie obrazi się za „sztukę ludową”.

Nasze Muzeum, które w swoim poprzednim wcieleniu miało charakter typowo etnograficzny, powoli zamienia się w gabinet osobliwości. Jest to nawiązanie do wieku XVIII i XIX, do początków muzealnictwa, kiedy pałace i dwory gromadziły najróżniejszego typu obiekty, często niezwykle zaskakujące.


Na przestrzeni ostatnich dni nasze zbiory zostały uzupełnione o dosyć ciekawy eksponat- stojący zegar Comtoise z I połowy XIX wieku. Jest on nie tylko obiektem muzealnym. Stanowi on teraz wyposażenie dworku, element dekoracyjny, a po przeczyszczeniu i konserwacji mechanizmu, posłuży nam zapewne jeszcze przez wiele lat.



Kochani! Życzymy Wam spokojnych, ciepłych Świąt i wiele radości  z okazji budzącej się do życia Przyrody.



P.S. Obszar dworski to archaiczna jednostka administracyjna z czasów, kiedy majątki szlacheckie nie wchodziły w skład gmin wiejskich. Bardzo mnie bawi ta nazwa i zamierzam jej nadużywać :-)

piątek, 11 marca 2016

Nie ma lekko.

Być może pamiętacie, jaką kilka miesięcy temu miałam koncepcję na urządzenie pokojów gościnnych? Kto nie pamięta, proszę, by zajrzał pod ten link. Styl miał być lekki, kontrastujący z ciężkim, muzealnym wnętrzem dworku. Pomysł taki narodził się spontanicznie i z potrzeby chwili. Musieliśmy bowiem na szybko zorganizować jakiś pokój do spania dla prywatnych gości. Im dłużej jednak się na niego patrzyłam, tym mniej mi się ten pokój podobał. Chłop najwyraźniej miał podobne odczucia. Pewnego dnia stwierdził, że jednak on by lobbował za urządzeniem pokojów gościnnych w stylu muzealnym, a niech sobie goście śpią na antykach, w domu tego nie mają. Nie trzeba było mnie długo namawiać. Filozoficznie stwierdziłam „nie ma lekko” i udałam się na długą wędrówkę po zasobach Internetu, głównie po portalu Allegro, dlatego tak dawno mnie tutaj nie było.

Wbrew pozorom, to nie jest takie proste kupić coś stylowego w rozsądnej cenie. Antyków, przepięknie wykończonych, osiągających astronomiczne kwoty jest sporo, ale znaleźć coś co nie jest jeszcze zbyt zniszczone, z którego renowacją sami damy sobie radę, w miłej dla portfela cenie, jest nie lada sztuką.

Mamy ogromne szczęście, że urządzamy się w czasach, kiedy na zachodzie Europy ludzie wyrzucają na śmietniki stylowe meble, głownie eklektyczne. Styl eklektyczny chwilowo (podkreślam, chwilowo!) jest niemodny. Korzystamy zatem z tego, ile się da, bo za kilka lat już nie będzie tak lekko z pozyskaniem tego typu wyposażenia. Jeden z dostarczycieli antyków zwierzył się nam, że lada moment dobra passa się zakończy. Do Francji, Holandii ciągną nie tylko tabuny handlarzy ze wschodniej części Europy, ale i Niemcy powoli doznają przebudzenia. Jakoś nie udało się przekonać wszystkich, że jednosezonowe bezosobowe, mdłe, fabrycznie powtarzalne meble z Ikei, to szczyt marzeń. Niektórzy tęsknią do pięknych w formie i trwałych przez całe stulecia mebli stylowych. A te, jak mawia Chłop- nie odrastają. Dzisiejsze chińskie kopie to porażka. Zarzyło się nam w przypływie desperacji zakupić stylizowaną witrynę. Stwierdziłam, że na drugi raz wolałabym eksponować muzealia na podłodze, niż kupić taką szmirę. Zaliczamy zatem i wpadki, których nie da się uniknąć przy takim przedsięwzięciu.

Ale dosyć tej filozofii, pokażę Wam jednak ten bajzel, jaki udało się nam stworzyć w wyniku zmiany paradygmatu dotyczącego charakteru przestrzeni dla gości. Mamy tak mniej więcej połowę wyposażenia i prawie żadnych dekoracji, które zostaną wprowadzone już na sam koniec urządzania wnętrz. Zostały nam jeszcze 2 miesiące do otwarcia dworku dla gości. Myślę, że jeżeli nie staną nam na drodze rzeczy obiektywne, niezależne od nas, to damy radę.


Korytarze zostały pomalowane, powolutku je urządzamy.







Do salonu zakupiliśmy 5 nowych stołów drewnianych w stanie surowym, które sama pokrywam lakierobejcą w kolorze stolarki. Producenci mebli biorą bardzo duży procent za samo wybarwienie i zabezpieczenie mebla. Zrobienie tego samemu to spora oszczędność.




Pięć gościnnych pokojów w międzyczasie również zostało pomalowanych. Na obecną chwilę są one powoli wyposażane, a zakupione meble poddawane są przez nas naprawie i estetyzacji. Pomysł, aby zadedykować pokoje kultowym kabaretom pozostał. Mamy zatem: 

1. Apartament pod Szalonym Koniem (Crazy Horse). Może jeszcze nie wygląda zbyt okazale, ale potrzebujemy jeszcze troszkę czasu.





2. Pokój pod Czerwonym Wiatrakiem (Moulin Rouge), chwilowo w rozsypce, ale będzie pięknie!




3. Pokój pod Czarnym Kotem (Le Chat Noir) zostanie zupełnie przerobiony, dekoracje zdjęliśmy, by na pierwszym planie wyeksponować te cudne łóżka.

4. Pokój pod Zielonym Balonikiem. Znaleźliśmy do niego unikatowy komplet eklektycznych mebli, gdzie autor w drewnie naśladuje bambus. Czyżby inspirował się stylem kolonialnym?



5. Pokój pod Zwinnym Królikiem (Lapin Agile) nie ma jeszcze żadnych mebli. Poszukuję do tego miejsca niezbyt dominującego kompletu, by uwydatnić dzieło naszej sąsiadki artystki- Aleksandry Popławskiej. Ola jest niezwykle utalentowaną malarką i konserwatorem zabytków. Chętnie podjęła się wymalowania obrazu na ścianie, ma też mnóstwo chęci i pomysłów na dalszą wspólpracę z nami w tym względzie. 







Obraz jest jeszcze nie dokończony, brakuje ramy, którą Ola ma zrobić w technice malarstwa iluzjonistycznego. Niestety, Ola zachorowała i na razie praca ta musi poczekać. Życzymy Oli szybkiego powrotu do zdrowia. Tymczasem sami upiększamy, głownie metodą szablonową, przyszłe gościnnne przestrzenie.


Ruszamy w połowie maja, taki jest plan i tego się trzymamy.

środa, 3 lutego 2016

Muzeum Dwór Feillów

Pragniemy wszystkich oficjalnie poinformować, że Muzeum Techniki i Rzemiosła Wiejskiego w Zapuście, decyzją Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremiera prof. Glińskiego, dnia 31 grudnia 2015 roku, zostało przekształcone w Muzeum Dwór Feillów z siedzibą w Zręczycach nr 51 (Wola Zręczycka Dwór). Jest to pierwsze i jak do tej pory jedyne muzeum na terenie gminy Gdów oficjalnie zarejestrowane w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Jeszcze mamy odrobinę bałaganu przy reorganizacji ekspozycji i remoncie pokojów. Ustaliliśmy termin otwarcia dworku dla gości na połowę maja. Pragniemy stworzyć dla Was gościniec muzealny, gdyż muzeum jest integralną częścią naszego gospodarstwa agroturystycznego.
Jesteśmy już zmęczeni remontami, ale pracujemy intensywnie, aby dopełnić terminu otwarcia dworku dla gości. Przygotowujemy dla Was na ten sezon 5 pokojów o różnym standardzie. Prócz noclegów i posiłków zamierzamy dla naszych gości organizować pokazy i warsztaty rzemiosł. Zobaczymy, jak nam się to wszystko ułoży, trzymajcie za nas kciuki.

Mamy też plany, co do naszego Muzeum. Dzięki temu, że działamy już formalnie, jako instytucja, jak tylko ruszą możliwości związane z pozyskiwaniem unijnych funduszów, będziemy starali się korzystać z dotacji przeznaczając środki na zakup muzealiów (pierwszy będzie fortepian wiedeński!), renowację naszych zbiorów oraz wirtualne projekty, których nie udało mi się zrealizować w poprzedniej siedzibie.

Przed nami jeszcze dopełnienie kilku ważnych formalności. Trzeba odwiedzić GUS w Krakowie i Urząd Skarbowy w Wieliczce, aby pozmieniać dane Muzeum. Za kilka dni mam nadzieję uruchomić stronę internetową Dworu Feillów-wspólną dla gospodarstwa i Muzeum, nad którą obecnie usilnie pracuję.

Mamy też prawdziwą niespodziankę, szczególnie dla miłośników historii naszej najbliższej okolicy, W domowym archiwum znalazła się książka korespondencji, w której zebrano treść listów mieszkańców najbliższej okolicy, kierowaną do urzędów. Dokumenty mają 100 lat! Pochodzą z czasów I wojny światowej!  Podobnie, jak Pamiętnik Ewy, będę w miarę wolnego czasu publikować te listy na osobnym blogu w odcinkach.

Dzieje się zatem, oj dzieje, czasem mam wrażenie, że za dużo, jak na naszą dwójkę. Ale... damy radę! :-)

czwartek, 21 stycznia 2016

Kasia.

Kasię poznałam na obecnych studiach. Jest to szczupła, drobna kobieta, która pomimo widocznego cierpienia, często się uśmiecha. Jest miłą i ciepłą osobą, jedną z takich, do których człowiek automatycznie się garnie.

Przez pewien czas nie wiedziałam, dlaczego Kasia ma problem z poruszaniem się i wspomaga się kijkami do nordic walking. Nie pytałam. Pomyślałam, że może miała jakiś wypadek.
Pewnego dnia Kasia przyszła smutniejsza i pokazała mi kartkę, na której napisała, że nie może mówić. W tamten weekend porozumiewałyśmy się za pomocą kartki, długopisu i mojego monologu. Wtedy jednak zapytałam, co jest powodem utraty mowy?

Kasia choruje na wredną i podstępną chorobę, która zabiera ludziom władzę nad ciałem- stwardnienie rozsiane. Gorsze samopoczucie i utrata głosu, to niestety jedna z faz tej choroby. Pomimo, że stan zdrowia uniemożliwia Kasi pracę zawodową (nikomu nie trzeba tłumaczyć, jakiej wysokości w naszym kraju są renty, często ludziom nie wystarcza na jedzenie i czynsz), ona się nie poddaje i walczy, by jak najdłużej zachować jako taką sprawność.
Kiedy następuje pogorszenie, Kasia jest zmuszona przyjmować dożylnie sterydy. To bardzo obciążająca organizm terapia, niestety jedyna jak do tej pory skuteczna. Trudno mi opisać słowami, jaką przyjemność sprawił mi w ten weekend głos Kasi i jej uśmiech.


Kasia się nie poddaje. Dzień po dniu walczy z ograniczeniami swojego ciała, które powoli niszczy choroba. Wciąż jednak dba o swoje wykształcenie (jest moją koleżanką z ławki na Podyplomowym Studium Muzeologicznym), ale przede wszystkim , aby zachować jak najdłużej sprawność, Kasia musi uczęszczać na rehabilitację i spędzać tygodnie w ośrodkach dedykowanych stwardnieniu rozsianemu. To wszystko kosztuje mnóstwo pieniędzy, dużo więcej, niż wynosi Kasi renta.
Jeżeli nie macie jeszcze organizacji, którą wspieracie, w imieniu Kasi proszę o przekazanie jej 1% swojego podatku.

Kasia jest po opieką fundacji na rzecz chorych na stwardnienie rozsiane- Dobro Powraca.
KRS: 0000338878
Cel szczegółowy: Katarzyna Stwora

A że dobro powraca? Cóż, miałam okazję przekonać się o tym w swoim życiu wielokrotnie!

W imieniu Kasi serdecznie dziękuję.